czwartek, 11 listopada 2010

Z dzienniczka Bakłarzana Podróżnika- wpis nr 8

- Musi mi pan teraz zapłacić - powiedział taksówkarz- inaczej nie pojedziemy.
- Proszę mi zaufać!
- Nie!
,, Łaski bez"- pomyŹlałem. Szybko wskoczyłem do auta (na szczęście był cabrioletem) i odpaliłem silnik (na szczęście klucz był włożony). No to jazda!

No tak. Już trochę znam te tereny. Obym nie musiał orać drzew! Cóż, trzeba sobie poradzić.
Taksówkarz niestety zdążył się uchwycić rury wydechowej. Jego nogi sunęły się po ziemi. Musiało mu nieżle dymić, bo cały czas kaszlał. Ale trudno. Muszę znależć Bakłarzana Szaleńca.
Chwilę, co to? Jakaś opona... jeżdzi? Po chwili skończył się las i znalazłem się na łące. Teraz wszystko widziałem. Jechało jakieś podobne auto do tego którym jechałem. Bakłarzan Szaleniec! No, trzeba go dogonić! Spojrzałem na chwilę do tyłu. Taksówkarza już nie było. Mam spokój.

Jechałem już prawie 200 km/h. Ale tym razem się nie wyglebałem. Na szczęście. Byłem coraz bliżej.
- Szaleńcu!!!- krzyknąłem. Auto, którym jechał Bakłarzan Szaleniec gwałtownie zahamowało, ale ja nie zdążyłem wyhamować i walnąłem w auto Szaleńca. Ojej, ciekawe co na to taksówkarz...
Wyskoczyłem z auta i schowałem się szybko. Uff...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz